Nowości
Zespół muzyczny Lubelskie |Historia najnowsza |Google zatrząsł American Airli
„zamknięci na głucho w bydlęcych wagonach, jechaliśmy przez Kostrzyn za Odrę. Trzeba było leżeć lub stać na zmianę z powodu braku miejsca. Znużeni i głodni — dawano nam tylko raz dziennie jakąś „plujzupkę", a żadnych zapasów nie wynieśliśmy przecież z Warszawy — docieramy w końcu za Łabę, do Stalagu XB Sandbostel.
Ogromne zgrupowanie drewnianych baraków, opasane dwoma kolczastymi płotami. Wysokie wieże strażnicze, na nich reflektory i karabiny maszynowe skierowane na obóz. Wokół trzęsawiska i kilka rachitycznych lasków. Jesteśmy niemal pośrodku rozległej tak zwanej Pustaci Liineburskiej. Już na pierwszy rzut oka widać, że niełatwo przyjdzie nam tu żyć. W barakach nie było żadnego sprzęt, nawet zwykłych
prycz. Nie otrzymaliśmy ani sienników, ani koców. Spało się więc na gołej podłodze, w ubraniu i pod własnym płaszczem lub kurtką. Zimno i wilgoć dokuczały z każdym dniem coraz bardziej. Stał co prawda żelazny piecyk, lecz brakowało opału Chyba tylko dwa razy, jak pamiętam, dano nam kilkanaście brykietów mokrego torfu. Kilkakrotnie pozwolono pod dozorem wartowników nazbierać nieco gałęzi w pobliskich laskach.
Sandbostel był obozem międzynarodowym. Przebywali w nim, w odizolowanych od siebie sektorach, Francuzi, Belgowie i Włosi oraz pewna liczba Polaków, jeńców z 1939 roku, pełniących przeważnie funkcje sanitariuszy w izbie chorych lub pracowników obozowej administracji. Na krótki czas ulokowano tu również kobietyżołnierzy AK, wywiezione z Warszawy. W przeznaczonym dla nas sektorze spotkaliśmy akowców z Mokotowa, których osadzono nieco wcześniej. Wśród nich znajdował się jego ostatni komendant, cichociemny major „Zryw" (Kazimierz Szternal), oraz kilku jeszcze kolegów skoczków.“(1)
zamknięci na głucho w bydlęcych
„zamknięci na głucho w bydlęcych wagonach, jechaliśmy przez Kostrzyn za Odrę. Trzeba było leżeć lub stać na zmianę z powodu braku miejsca. Znużeni i głodni — dawano nam tylko raz dziennie jakąś „plujzupkę", a żadnych zapasów nie wynieśliśmy przecież z Warszawy — docieramy w końcu za Łabę, do Stalagu XB Sandbostel.
Ogromne zgrupowanie drewnianych baraków, opasane dwoma kolczastymi płotami. Wysokie wieże strażnicze, na nich reflektory i karabiny maszynowe skierowane na obóz. Wokół trzęsawiska i kilka rachitycznych lasków. Jesteśmy niemal pośrodku rozległej tak zwanej Pustaci Liineburskiej. Już na pierwszy rzut oka widać, że niełatwo przyjdzie nam tu żyć. W barakach nie było żadnego sprzęt, nawet zwykłych
prycz. Nie otrzymaliśmy ani sienników, ani koców. Spało się więc na gołej podłodze, w ubraniu i pod własnym płaszczem lub kurtką. Zimno i wilgoć dokuczały z każdym dniem coraz bardziej. Stał co prawda żelazny piecyk, lecz brakowało opału Chyba tylko dwa razy, jak pamiętam, dano nam kilkanaście brykietów mokrego torfu. Kilkakrotnie pozwolono pod dozorem wartowników nazbierać nieco gałęzi w pobliskich laskach.
Sandbostel był obozem międzynarodowym. Przebywali w nim, w odizolowanych od siebie sektorach, Francuzi, Belgowie i Włosi oraz pewna liczba Polaków, jeńców z 1939 roku, pełniących przeważnie funkcje sanitariuszy w izbie chorych lub pracowników obozowej administracji. Na krótki czas ulokowano tu również kobietyżołnierzy AK, wywiezione z Warszawy. W przeznaczonym dla nas sektorze spotkaliśmy akowców z Mokotowa, których osadzono nieco wcześniej. Wśród nich znajdował się jego ostatni komendant, cichociemny major „Zryw" (Kazimierz Szternal), oraz kilku jeszcze kolegów skoczków.“(1)