- Marsz Doskonale pan wie o czym
pozycjonowanie |
„— Marsz! Doskonale pan wie, o czym mówię. O uszach! Nie podobają mi się pańskie uszy, comprenez!
Policzki, na których znów coś drgnęło, zrobiły się ciemniejsze, widocznie kelner — o uszach nie podobających się redaktorowi Trumfowi — dostał rumieńców zakłopotania. Otworzył usta, jakby chciał przysiąc o swej niewinności, a może i po to, by stoczyć słowną walkę w obronie swego honoru, nie zaplamionego podsłuchiwaniem. Jednakże zamknął je bez słowa i znikł między stolikami.
— Sterczał przez cały czas, za nami! Ja teraz doszedłem do takiej wprawy, że od razu wiem, kiedy ktoś podsłuchuje— wytłumaczył Trumf. Był już na nowo krytykantem, patriotycznym i państwowotwórczo bolejącym. — Ci nasi chłopcy z dwójki poszaleli chyba. Wszędzie szukają zła. Boli mnie to, boli — bo szczerze jestem oddany naszemu wojsku i nie mogę patrzeć na kiepską robotę. Interesuje ich, dwójkarzy, nawet prywatne życie obywateli, czy ktoś się rozwiódł, czy nie!...
— To myślisz, że on z dwójki — spytał Leon Wachicki. Łokieć zsunął mu się nagle ze stolika. Po raz drugi tego wieczoru gesty jego nie były ani celne, ani trafne. Jakby chciał gdzieś wzlecieć i nie mógł.
— Tak — kiwnął głową redaktor w stronę okna zwróconego na plac... plac, wyłożony płytami i ochrzczony imieniem i nazwiskiem Marszałka. W głębi placu, jak to starzy warszawiacy pamiętają, wznosił się nie tyle wysoki, co podłużny gmach Sztabu Głównego, zasłaniający widok na Ogród Saski.“(2)
„— Marsz! Doskonale pan wie, o czym mówię. O uszach! Nie podobają mi się pańskie uszy, comprenez!
Policzki, na których znów coś drgnęło, zrobiły się ciemniejsze, widocznie kelner — o uszach nie podobających się redaktorowi Trumfowi — dostał rumieńców zakłopotania. Otworzył usta, jakby chciał przysiąc o swej niewinności, a może i po to, by stoczyć słowną walkę w obronie swego honoru, nie zaplamionego podsłuchiwaniem. Jednakże zamknął je bez słowa i znikł między stolikami.
— Sterczał przez cały czas, za nami! Ja teraz doszedłem do takiej wprawy, że od razu wiem, kiedy ktoś podsłuchuje— wytłumaczył Trumf. Był już na nowo krytykantem, patriotycznym i państwowotwórczo bolejącym. — Ci nasi chłopcy z dwójki poszaleli chyba. Wszędzie szukają zła. Boli mnie to, boli — bo szczerze jestem oddany naszemu wojsku i nie mogę patrzeć na kiepską robotę. Interesuje ich, dwójkarzy, nawet prywatne życie obywateli, czy ktoś się rozwiódł, czy nie!...
— To myślisz, że on z dwójki — spytał Leon Wachicki. Łokieć zsunął mu się nagle ze stolika. Po raz drugi tego wieczoru gesty jego nie były ani celne, ani trafne. Jakby chciał gdzieś wzlecieć i nie mógł.
— Tak — kiwnął głową redaktor w stronę okna zwróconego na plac... plac, wyłożony płytami i ochrzczony imieniem i nazwiskiem Marszałka. W głębi placu, jak to starzy warszawiacy pamiętają, wznosił się nie tyle wysoki, co podłużny gmach Sztabu Głównego, zasłaniający widok na Ogród Saski.“(2)